Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy Europa jest naukową potęgą – European Deep Tech Report 2026 je rozwiewa. Problem polega na tym, że raport jednocześnie pokazuje coś znacznie mniej wygodnego: Europa świetnie radzi sobie z tworzeniem technologii, ale wyraźnie gorzej z budowaniem na ich bazie globalnych firm.

Raport przygotowany przez Dealroom we współpracy z funduszami takimi jak Lakestar czy Walden Catalyst to obecnie jedno z bardziej wiarygodnych źródeł obrazu rynku deep tech w Europie (dealroom.co). I obraz ten jest – delikatnie mówiąc – asymetryczny.

Z jednej strony mamy imponującą skalę. Europejski ekosystem deep tech osiągnął wartość około 690 miliardów dolarów, a finansowanie VC w 2025 roku sięgnęło rekordowych 20,3 mld dolarów. Co ważne, sektor ten wykazuje odporność, której próżno szukać w klasycznym rynku technologicznym – tam inwestycje są nadal o ponad połowę niższe niż w szczycie z 2021 roku. Deep tech spadł symbolicznie, a jego udział w całym rynku VC w Europie urósł do około jednej trzeciej.

 

To nie jest nisza. To zaczyna być rdzeń europejskiej innowacji.

Geograficznie obraz też jest czytelny. Najwięcej kapitału przyciąga Wielka Brytania, zaraz za nią Francja i Niemcy. Na poziomie miast liderem został Paryż, który wyprzedził Londyn i Monachium. Co ciekawe, kraje nordyckie i Szwajcaria wyróżniają się nie tyle absolutną skalą, co strukturą – większy procent inwestycji trafia tam bezpośrednio do deep techu, co sugeruje bardziej świadomą alokację kapitału.

Jeszcze ciekawszy jest profil samych spółek. Około jednej trzeciej nowych startupów deep tech to spin-outy akademickie. To pokazuje coś fundamentalnego: Europa nie ma problemu z generowaniem technologii. Ma silne uczelnie, zaplecze badawcze i kompetencje STEM. Nawet profil founderów to potwierdza – przeciętnie dobrze wykształceni technicznie, często z doświadczeniem w startupach lub dużych organizacjach.

Na tym etapie wszystko wygląda jak podręcznikowy przykład dobrze działającego ekosystemu innowacji.

Problem zaczyna się później.

Najbardziej brutalna statystyka z raportu jest taka, że około 70% finansowania na etapie late-stage pochodzi spoza Europy. Innymi słowy, Europa finansuje fazę badań i wczesnego rozwoju, a skalowanie oddaje w ręce inwestorów zewnętrznych – głównie z USA.

 

To nie jest detal. To mechanizm systemowy.

W praktyce oznacza to, że europejskie spółki rosną na europejskiej nauce i publicznych pieniądzach, ale ich globalna ekspansja jest finansowana i często kontrolowana przez kapitał spoza kontynentu. Efekt końcowy jest przewidywalny: najlepsze firmy są przejmowane lub przenoszą ciężar działalności za ocean. Dane dotyczące exitów tylko to potwierdzają – europejskie rynki publiczne odpowiadają za zdecydowanie mniejszą część wartości wyjść niż w USA.

Do tego dochodzi luka kapitałowa, szacowana w raporcie nawet na kilkadziesiąt miliardów dolarów rocznie. To przekłada się na mniejsze rundy, trudniejsze przejścia między etapami finansowania i niższe tempo skalowania. W świecie deep techu, gdzie projekty są kapitałochłonne i długoterminowe, to różnica, która decyduje o tym, kto buduje globalne platformy, a kto kończy jako cel akwizycyjny.

To wszystko prowadzi do dość niewygodnego wniosku: Europa nie ma problemu z innowacją. Ma problem z kapitalizacją innowacji.

I to jest dokładnie ten sam typ zjawiska, o którym mówiłem przy okazji Paradoksu Solowa – technologia sama w sobie nie wystarcza. Potrzebna jest architektura systemu, który potrafi ją przeskalować.

W przypadku Europy tym brakującym elementem jest rynek kapitałowy.

 

Dziś mamy do czynienia z fragmentacją: różne jurysdykcje, różne regulacje, różne rynki finansowe. To oznacza mniejsze mnożniki, niższą płynność i ograniczoną zdolność do budowania dużych rund finansowania. W USA ten problem nie istnieje – jest jeden, głęboki rynek kapitałowy, który pozwala skalować firmy od seed do IPO w jednym ekosystemie.

Dlatego coraz częściej wraca postulat stworzenia realnej unii rynków kapitałowych w UE. Koncepcja, o której pisał Mario Draghi, czyli Savings and Investments Union, nie jest już abstrakcją polityczną. To warunek konieczny, jeśli Europa chce zatrzymać wartość generowaną przez własne technologie.

 

Bez tego będziemy mieli do czynienia z powtarzalnym schematem: Europa jako laboratorium, USA jako fabryka i rynek wyjścia.

Z perspektywy biznesowej wnioski są dość konkretne. Deep tech w Europie nie jest problemem – jest ogromną szansą. Silna baza naukowa, rosnący udział w VC, wsparcie publiczne i rosnące znaczenie technologii strategicznych (AI, quantum, biotech, energy) tworzą fundament pod budowę globalnych firm. (McKinsey & Company)

Ale jednocześnie oznacza to, że największa wartość powstanie nie tam, gdzie powstaje technologia, tylko tam, gdzie ktoś potrafi ją sfinansować i przeskalować.

I tu pojawia się realne pytanie strategiczne – szczególnie dla takich podmiotów jak fundusze rozwoju, instytucje publiczne czy duże korporacje:

czy chcemy być uczestnikiem tego procesu, czy tylko jego zapleczem?

Bo na razie wszystko wskazuje na to, że Europa nadal jest świetna w wymyślaniu przyszłości – ale średnio radzi sobie z jej monetyzacją.